BMW
Piękne srebrne i lśniące Bmw było mówiąc kolokwialnie nieźle odpicowane. Przednie reflektory w wersji chromowanej angel eyes, tylna lotka na klapie bagażnika wywierała wrażenie tak wielkiej jakby miała się zmieścić na dachu miejskiego autobusu. Wielkie opony z alufelgami, które po dojeździe do krawężnika niespodziewanie szybko tracą swój fabrycznie nadany kształt. Cały kokpit oświetlony niebieskimi diodami, obity białą skórą chociaż w rzeczywistości materiał ten obok skóry nawet nie leżał. Przejeżdżający samochód z pewnością słyszeli ludzie stojący na przystanku trzy przecznice dalej i to nie z powodu nader sportowego wydechu, który dźwiękiem przebija ryk Trabanta na dwusuwie. Powalający łomot dawało brzmienie muzyki dobiegającej z zestawu różnego rodzaju głośników wzmocnionych subwoofer’em w pojemnym wnętrzu bagażnika. Nie liczyłabym na to, że był to wyszukany grający Pioneer, a z pewnością jakiś podrzędny zamiennik. Dobrze, że kolega z pięknej „Beci” nie przykleił sobie na szybie wielkiego logo Pioneer’a, a może jeszcze to nadrobi… Ktoś po przeczytaniu powyższego tekstu może się zastanowić czego ja się tak właściwie czepiam skoro sama chciałabym mieć taki samochód. Otóż nie, samochód byłby niczego sobie gdyby nie ta kosmiczna autobusowa lotka, badziewne niebieskie diody i jazda zimą z otwartym dachem oraz ryk wydechu. Ale to jeszcze nie jest najgorsze, bo widząc podstawową wersję silnikową tego samochodu nie da powstrzymać się od śmiechu gdy na tylnej klapie bagażnika na dwustronną taśmę klejącą „król szos” przykleja znaczek Mpower. Do tego oczywiście nie obeszłoby się bez kultowych chromowanych lusterek M3. I czy warto, aż tak eksponować walory swojego samochodu przez napychanie tandetnych gadżetów? Dobrze zrobionego samochodu jakim zawsze było Bmw nie trzeba upiększać chociaż dobrze dobrane elementy nadają pojazdowi unikalnego charakteru. Od razu przypomina mi się teoria o duszy samochodu i cóż temu kierowcy faktycznie udało się w pełni upodobnić do siebie swój wóz. Właściciel pojazdu odpicowany jak sama „Beta”, biały ortalionowy dres, biała czapka i sporo ważący łańcuch na szyi. Jak tu wierzyć w dawną potęgę tej marki widząc takie obrazki. Prawdą staje się jedynie to, że właśnie tacy ludzie niszczą nam ten obraz, a rozwinięcie skrótu jako Bolid Młodzieży Wiejskiej powszechny w ostatnim czasie nabiera żywego znaczenia.